Artykuł: Ten pierwszy raz Zawsze jest ten pierwszy raz. W każdej dziedzinie. Nie inaczej w rajdach. Redakcyjny kolega Maciej Sysakiewicz odnalazł wspomnienie z pierwszego startu w roli pilota, które miał zakopane głęboko w szufladzie. Wspomnienia pochodzą z Rajdu Wisły w 2001 roku.
Prolog
Zadzwonił telefon, w słuchawce znajomy głos Mirka: „Słuchaj nie mogę pojechać z Jarkiem na Wisłę, Ty jesteś tamtejszy – poprowadzisz go?”. Nie wahałem się z odpowiedzią. Stanowczo odparłem „Jasne”. Mirek dodał: „Kombinezon, buty i wszystkie szpeje dostaniesz ode mnie. No to na razie. Jarek do Ciebie zadzwoni”. Wiedziałem, ze klamka zapadła. Spojrzałem na kalendarz – poniedziałek 27 sierpnia – do rajdu dwa tygodnie. I zaczęło się...
Formalności
Pierwsze kroki do Automobilklubu – trzeba było odnowić licencję, zrobić badania psychotechniczne, wyrobić licencję międzynarodową, w końcu debiutuję nie tylko w RSMP, ale też w RSME. Na szczęście wszystkie formalności udało się pozałatwiać w ciągu tygodnia. Dużo w tym pomocy Andrzeja Szkuty i Marcysi Grendy z Automobilklubu Śląskiego. „Międzynarodowa” ma przyjść na rajd, resztę papierów mam w ręku. No to teraz trzeba sobie skompletować warsztat. Małe zakupy (zeszyty, flamastry niezmywalne, zakreślacze, ołówki, kolorowe długopisy), zwiedzanie internetu, odbiór dokumentów do zapoznania z trasą i już mam zapchaną torbę – jestem gotowy do zapoznania...
Zapoznanie – dzień pierwszy
Jarek przyjechał we wtorek o 8 rano. Nie mamy terningówki wiec jedziemy na zapoznanie Peugeotem 106 Rally. Myślę sobie – może i dobrze, bo przynajmniej posiedzę w kuble i jakoś się zadomowię. Dojeżdżamy na pierwszy OS – zaczynamy jechać, Jarek dyktuje, ja piszę. Piszę na czarno, poprawki będę nanosił w kolorach. OS ma tylko 5 km, ale zapisałem dość sporo, jedziemy drugi raz – zaczynam dyktować to, co mam zapisane... Jarek jakby trochę śpiący... nie bardzo leży mu to co sam wymyślił – „Jakieś dziwaczne te drogi – nie leży mi ten zapis – skorygujemy to...” Jedziemy trzeci, czwarty raz... Ciągle coś poprawiamy. W końcu ustalamy (w zasadzie to Jarek ustala), że jest OK. On mówi OK – ja przyjmuje to do wiadomości – w końcu sam nie jestem pewien jak powinno być. Kolejny OS idzie nam dużo sprawniej (zaczynamy się rozumieć)... Przeraża mnie „spadanie” jakieś 2 km od startu – Niesamowite, a na końcu 200-metrowego spadania jest P2 na oporze... Trzeci OS na dziś to Kocierz – znam ten odcinek. Długi, 16 kilometrów, jest co pisać... Jest znów prawie bez poprawek – to cieszy... Zadowoleni kończymy pierwszy dzień zapoznania – Jarek do hotelu, ja do domu...

Zapoznanie – dzień drugi
Dużo lepiej niż wczoraj – OS-y są „po płaskim” – widzę, że Jarkowi dzisiejsze trasy wybitnie leżą. W zasadzie dzień bez niespodzianek – szybko, sprawnie, bez błędów. Zapisujemy, sprawdzamy, pasuje, jedziemy dalej. Atmosfera w aucie zrobiła się bardzo sympatyczna – jest przyjacielsko, wyczuwam nutkę zaufania ze strony kierowcy, a i ja jestem przekonany, że jedzie pewnie i wie co robi. Na koniec dobrze przepracowanego dnia jedziemy na odbiór administracyjny – jakoś gładko i bezboleśnie przechodzimy przez formalności. Jest nieźle – jutro mamy czas na zwiedzanie, bo przed nami tylko Badanie Kontrolne.
Badanie Techniczne
Przyjeżdżam rano – myjemy autko, oklejamy go i pierwsza wpadka – nazwiska na szybę się nie zgadzają. Pomyliła się firma, która je przygotowywała. Robi się nerwowo, choć mamy jeszcze ponad trzy godziny do BT. Znajdujemy agencję reklamową – miły pan robi nam nazwiska na poczekaniu, kleimy na szyby i ruszamy do Wisły na Plac Hoffa. Ja pilnuję czasu – nasza minuta – wjeżdżamy. Kaski, kombinezony, buty, klatka, szelki, system gaśniczy, plomby na komputer, wszystko OK. Nagle pytanie: „Gdzie slicki do oznakowania” – konsternacja – zupełnie zapomnieliśmy, są w busie serwisowym, który przyjedzie jutro. Na szczęście dostajemy zgodę, aby oznakować slicki na pierwszym jutrzejszym serwisie przed startem do rajdu – ufff ulga. Dostajemy naklejkę BT i opuszczamy namiot. Idziemy cos zjeść i porozmawiać. W końcu jutro mój wielki dzień próby...

Rajd – Etap I
Oczywiście nie mogę dospać. To chyba normalne. Jarek mówi, żebym coś zjadł, ale jakoś nie mogę nic przełknąć. To chyba „zespół napięcia przed rajdowego”. Wmuszam jednak w siebie gorącą kawę – to mi na pewno dobrze zrobi. Wbijam się w kombinezon, wkładam buty. Jestem szczęśliwy – zawsze marzyłem, patrząc na rajdowców, żeby być jednym z nich. Zabieram torbę – sprawdzam czy mam wszystkie kwity, notatki, karty drogowe, pisadła – wszystko jest. Ruszamy. Rampa – mówię „Dzień dobry”, podaję kartę, wpisują nam czas, jedziemy do Żywca na serwis. Po kilku kilometrach konsternacja... Podałem nie tą kartę... Z kompletnego załamania wyciąga mnie Jarek: „Spoko, zdarza się. Przepiszą nam czas na pierwszym PKC-u. Nie martw się, nie będzie źle”. Rzeczywiście – obsługa PKC pomaga mi wypełnić wniosek o korektę źle wpisanego czasu i z uśmiechem poprawia mój pierwszy rajdowy błąd. Trochę się tym faktem uspokajam. Wszyscy na PKC-ach są mili i życzliwie nastawieni. Mija 20 minut serwisu i jedziemy na pierwszą pętlę.
Stajemy przed pierwszym OS-em ubieramy kaski, podpinamy interkom, dociągamy pasy. Podchodzą moi kumple, klepią po dachu, życzą powodzenia... PKC, 3 minuty do startu. Kwity na kolanach, tętno przyspiesza – denerwuję się... 5, 4, 3, 2, 1, Start... Ruszamy, dyktuję, Jarek jedzie. Jest szybko, naprawdę szybko. Kiedy patrzyłem na 106-tki jako kibic, wyglądało to dużo wolniej. Hamowania bardzo ostre, ryk silnika na wysokich obrotach, auto podskakuje, przyspiesza i hamuje. Cały czas czytam. Wszędzie mnóstwo ludzi. Wreszcie meta. Teraz się orientuję, że tętno się uspokoiło – ani przez chwilę się nie bałem – byłem zbyt zajęty czytaniem. Jestem w szoku. Ale nie ma czasu na myślenie – podaję kartę, spisuję czasy. Jedziemy w środku stawki, nie jest źle... Kolejny OS – już dużo bardziej płynnie, spokojniej. Chyba za spokojnie, bo w połowie Osu nagle przestaje mi pasować droga z notatkami – „Cholera, zgubiłem się!!!”. „To się nie gub!!!” – usłyszałem w interkomie. „Prawy... Prawy... Prawy trzy – mam!!! Już OK...” – nie mogę się tak dekoncentrować, bo się to źle skończy. Przegrywamy ten odcinek – wiem, że to moja wina, mam nadzieję, że nie stracił do mnie zaufania... Kocierz odwołana – wiec jedziemy przejazdówkę – i bardzo dobrze bo się jej panicznie bałem (nie wiedzieć czemu). No to teraz serwis i ruszamy na drugą pętlę.
Koncentruję się nad robotą. Dyktuję płynnie, wszystko idzie dobrze, „przy kapliczce P3 spadanie, uważaj podbija, zduś” – wyrzucam z siebie. Jarek źle nachodzi na podbicie – stawia nas troszkę bokiem – kontra, prostowanie... i kiedy już sytuacja jest prawie opanowana drugie podbicie ustawia nas bokiem do drogi. Widzę świat przez boczną szybę, ludzie uciekają. Ja oczyma wyobraźni już widzę jak się to skończy... będzie dach, będzie dach, będzie dach... nie... Auto się zatrzymuje. Wisimy na skarpie. Podbiegają kibice, spychają nas do tylu ze skarpy, urywając przedni zderzak. Auto nie chce zapalić. W końcu silnik łapie, ruszamy dalej... Już spokojniej do mety. Strata 30 sekund, a wydawało się jakbyśmy spędzili tam wieczność. Drugi OS jakby spokojniej. Jarek chyba jeszcze jest myślami przy tym co się stało na poprzednim. Przegrywamy go. Teraz Kocierz – początek bardzo dobry (póki pod górę). Potem kilka kilometrów spadania. Widzę, że te zjazdy mu nie leżą, a poza tym trudno konkurować z „tutejszymi” – Adamus, Poloński, Kucharczyk czy Żabiński, to ludzie stąd. Kocierz przegrywamy znacznie i zjeżdżamy na serwis. Mała przekąska i na ostatnią pętlę tego dnia.

Pierwszy OS bez historii – poprawiamy czas, w sumie płynnie i bez większych błędów. Na kolejnym OSie znów jest gorąco. To spadanie, którego się tak bałem na zapoznaniu – to jest to miejsce. Pędzimy w dół. Wolę nie patrzeć na licznik... „100 hamowanie P2”, podnoszę głowę. Jarek zaczyna hamować, wszystko OK., nagle wpadamy na mokry nieprzyczepny asfalt, koła się uślizgują, hamujemy – Jarek biegami i hamulcem, ja nogami o podłogę. W ostatniej chwili Jarek próbuje wrzucić auto bokiem w ten zakręt, jednak jest za szybko, auto obraca się i zaczynamy pędzić tyłem do lasu, miedzy drzewa... Przykładam głowę do fotela „Boże, żeby nie bolało...” – przemyka przez myśl. Istotnie, nie boli, bo nie uderzamy w nic twardego. Mamy szczęście. Ale problemem jest to, że ugrzęźliśmy... Podbiega kilku kibiców. Bardzo się męczą. Krzyczą do nas: „Choćbyśmy mieli Was wynieść, to pojedziecie...” Rzeczywiście – wynoszą nas na drogę, dojeżdżamy do mety – strata jest kosmiczna – prawie półtorej minuty. Kocierz śliska, poprawiamy czas, ale jedziemy już bez tego czegoś, co popycha do przodu – bez woli zwycięstwa. To coś zostało na skarpie i w lesie. Jeszcze tylko serwis i jedziemy na metę dnia. Oberwanie chmury – jesteśmy na styk, kilka załóg się spóźnia. Wreszcie hotel, prysznic... To był ciężki dzień. A jutro czeka nas kolejny.
Rajd – Etap II
Pobudka, mycie, kombinezon i jedziemy do Wisły. Przejeżdżamy przez rampę. Wiemy, że mamy przed sobą Peugeota o 45 sekund – wydaje się do odrobienia – postanawiamy gonić... Cóż z tego, że coś sobie postanowiliśmy. Pierwszy OS odwołany – zbyt wielu kibiców. Dobrze umotywowani ruszamy więc do 16-kilometrowego OSu z Łączki do Kostkowic. Warunki są koszmarne – wszędzie mnóstwo błota i brudu naniesionego na drogę. Przez ponad połowę OSu wszystko idzie OK. W pewnym momencie Jarek pyta „ile do mety”. „Osiem” – rzucam do interkomu między kolejnymi zakrętami – „Jedziemy czy zmieniamy?” pytam, wiedząc już, że mamy kapcia. Postanawiamy jechać. Po czterech, może pięciu kilometrach okazuje się, że to była zła decyzja, musimy zmieniać... Nie możemy się zgrać przy tej zmianie, jakoś nam to nie idzie. Suma sumarum tracimy na tym odcinku ponad 5 minut i dla nas jest już po walce. Przejeżdżamy kolejny odcinek i zjeżdżamy na serwis. Tam postanawiamy – nie ma co płakać – jedziemy do mety.
Druga pętla dużo lepiej. Notujemy trzecie, czwarte czasy w klasie – to dla nas naprawdę ważne – wreszcie mamy kontakt z czołówką, podobnie na ostatniej pętli. Jedziemy naprawdę szybko i bezbłędnie, chociaż nawet ja zauważam, że w wielu niebezpiecznych miejscach moglibyśmy pojechać dużo szybciej. Tym niemniej nie szalejemy – chcemy być na mecie.
Kilka godzin później przejeżdżamy rampę po raz czwarty... Ręce uniesione ku górze. Dojechaliśmy! Ktoś mi przed rajdem życzył – bądź na mecie. I jestem. Odstawiamy auto do Parc Ferme, idziemy popatrzeć na wyniki i coś zjeść. Przy pizzy Jarek pyta „Słuchaj, będę jechał Warszawski, pojechałbyś ze mną? Wiesz – dobrze nam się współpracowało”. Potaknąłem przełykając kolejny kęs... Teraz wiem, że to było podziękowanie. I to najlepsze, na jakie mogłem zasłużyć.
Komentarze
Zaloguj się